23-25.07.2010- Podlasie w weekend


Nasza impreza rozpoczęła się na stacji BP w Starej Miłosnej w 34 stopniowym upale. Impreza kameralna, bo było 7 osób, 5 motorków i w Białowieży dołączył kabriolet crossfire. Ruszyliśmy przez Sulejówek, Węgrów, Sokołów Podlaski do Drohiczyna. Głosami większości postanowiliśmy, że kościoły, cerkiew i miasto będziemy zwiedzać w Siodle. Potem pognaliśmy w stronę Siemiatycz zatrzymując się na chwilę nad brzegiem Bugu, gdzie mieliśmy krótką przerwę na mineralną. Za Siemiatyczami poczuliśmy piękno pustej drogi, bajecznej podlaskiej przyrody i ogromu ciepłego popołudniowego słońca. Dotarliśmy tak na tankowanko do Hajnówki [brawa dla przemiłych Pań z obsługi ORLEN-u, co nas i motorki napoiły, zrobiły nam hot-dogi z sosem duńskim i wywiązała się sympatyczna pogawędka].  Po chwili wytchnienia ruszyliśmy w Stronę Białowieży. Pożegnaliśmy Hajnówkę i zaraz pojawił się wysoki las z obu stron szosy, który nazwaliśmy aircon, bo było bajecznie w ten upalny dzień na motorkach w cieniu drzew. Co by nie próżnować postanowiliśmy trochę pooglądać Białowieżę. Zaczęliśmy od Granicy z bratnim Białoruskim narodem. Panowie pogranicznicy jak zobaczyli motorki, chłopaków z WChP i statyw z aparatem to nawet otworzyli nam szlaban.

Po granicy ruszyliśmy na objazd Białowieży, by dotrzeć do restauracji carskiej – perełka w tym dziewiczym zakątku Polski. No i tam derezyny, stare lokomotywy i podziwianie piękna tego miejsca. Witek stwierdził, że obsługa derezyny ma wspaniały lizak do kierowania ruchem, który współgrałby z naszymi syrenami na Harlejkach. A restauracja carska to nic innego jak zaadoptowana stacja kolei carskiej na dość sympatyczną restaurację.

Dochodziła już godzina 21:00 więc udaliśmy się na odpoczynek do Sioło Budy gdzie uniemożliwiliśmy zamknięcie gospody o kilka godzin i poznaliśmy bliżej przesympatycznego człowieka zawiadującego tym interesem,

Ranek był ciężki … z powodu silnych upałów. Pojechaliśmy więc na Tykocin. W Tykocinie zwiedziliśmy synagogę, zrobiliśmy dokładny objazd miasta i pognaliśmy do Pętowa gdzie odwiedziliśmy europejską wieś bocianią a w niej 34 pary bocianie i 60 młodych – to jest wynik, pomyśleliśmy…

Po Pętowie miała być gospoda w Kiermusach ale stwierdziliśmy, że mamy lepszy pomysł i ruszyliśmy na kultową rybkę do Rajgrodu. Pomysł okazał się słuszny. Po rybce postanowiliśmy, że jedziemy na zasłużony odpoczynek i udaliśmy się do zagrody Kuwasy. Tam szybko zrobiliśmy refresh i zorganizowaliśmy biesiadę w czasie której poznaliśmy gospodarza i spędziliśmy dużo fajnego czasu.

Niedziela to poranek i smutek, że czas już wracać, ale powrót zrobiliśmy przez Osowiec starą „carską drogą”. Widoki cudowne, po drodze postój na kawkę i słodkości. Po czym w stronę Warszawy gdzie jeszcze ostatni obiadek za Wyszkowem i snucie planów na następne imprezy.

 

                                                                                                                     Radek.